9 lutego 2018

Najprościej, jak się da, czyli t-shirt w czerwono-białe paski



      Rosnę. Rośnie też On. Mały terrorysta, który szaleje po nocach, ćwicząc pływanie, rowerek, biegi przełajowe i skoki przez płotki, jednocześnie. Jestem wiecznie niewyspana, bo godziny jego hiperaktywności to północ. A ćwiczenia trwają co najmniej godzinę.
Do tego szafa mi się skurczyła. Mimo, że prawie się nie domyka, to ilość ubrań, w które jestem w stanie się jeszcze zmieścić, zmniejsza się w zastraszającym tempie. Zawsze lubiłam luźne ubrania, więc do pewnego momentu nie było żadnego problemu, ale przecież one nie są z gumy... Na szczęście, jestem obdarzona niebywałym talentem krawieckim  ;-)  I skromnością  ;-)  Oczywistym stał się więc fakt, iż wykorzystam moje nadprzyrodzone zdolności i znowu coś uszyję. Coś bardzo prostego, rzecz jasna, adekwatnie do poziomu moich umiejętności i niewyobrażalnie wielkiego talentu ;-)

Tkaninę kupiłam jeszcze latem, ale musiała odczekać swoje (wiadomo :-D ). Uszyłam zwykły t-shirt w paski, dokładnie taki, jak zamierzałam. Miał być luźny, najprostszy z możliwych, taki, żebym mogła jeszcze kilka razy go założyć, zanim przestanę mieścić się w drzwiach. No i potem, po porodzie, gdy trzeba będzie maskować to i owo. Przyjemnego oglądania.























PS
Możliwe, że dość późno to doceniam, ale chętnie przyznałabym Nobla temu, kto wymyślił spodnie dresowe...  :-)

Pozdrawiam.

31 stycznia 2018

Sukienka (nie)ciążowa, czyli g(c)old fish...



      Jak zwykle, na przełomie grudnia i stycznia, dopada mnie kryzys zimowy. Na zewnątrz pochmurno i szaro, na ulicach smutek, pośpiech i przygnębienie, na wystawach sklepowych ubrania w ohydnych ciemnych kolorach... Brrr... Szczerze tego nie cierpię. I chociaż na początku okresu jesienno-zimowego bardzo lubię otulać się miękkimi szarymi swetrzyskami, to w pewnym momencie mam po prostu dość. Potrzebuję koloru. Próżno go jednak szukać gdziekolwiek, bo jak już napisałam, wszędzie szaroburość. Tak więc  tradycyjnie zaopatrzyłam się w kolorową tkaninę i zmiotłam grubą warstwę kurzu z maszyny do szycia. Uszyłam sukienkę, którą mam nadzieję, będę jeszcze mogła założyć wczesną wiosną, a potem znów na jesień.

Sukienka jest z tych najprostszych, ołówkowa, z długim rękawem, nieco szersza, by zmieścić mój rosnący brzuch. Uszyta z dzianiny dresowej w "rybi" wzorek. Bardzo spodobał mi się ten deseń na tkaninie i pierwsze co o nim pomyślałam, to to, że nareszcie spełni się moje marzenie o tym, by choć na chwilę zostać syrenką ;-) A gdy przyszłam w tej sukience do pracy, usłyszałam: "O rany, ale z Ciebie śliczna rybka!" - cel osiągnięty!  ;-)
No cóż, zimna czy złota, grunt, że w końcu inna, niż czarna :-)
 






















      Pozdrawiam Was ciepło, mimo tej okrutnej pogody, którą mam dziś za oknem.

Promyk


16 listopada 2017

Zmiany



      ...i tu mogłabym zacytować tekst z reklamy Ikea o nadchodzących zmianach w życiu. Bo rzeczywiście, najczęściej przychodzą niespodziewanie.
Oto powód mojej ostatniej ciszy na blogu  :-)   Ale kto wie, może dzięki nim, będzie teraz bardziej kolorowo...?   :-)












Pozdrawiam,
Promyk (i Spółka)  ;-)

30 sierpnia 2017

Słoneczna Dziewczyna


      Jestem istotą zdecydowanie ciepłolubną. Kocham słońce, kocham wolność, jaką dają mi lekkie sukienki, kocham ciepłe wieczory i gorące poranki. Uwielbiam niespiesznie popijaną kawę na tarasie, jeszcze w pidżamie. Potrzebuję wyciszenia, by móc wracać ze zdwojoną siłą. Ale przede wszystkim potrzebuję słońca. Nie umiem funkcjonować bez naładowania baterii w upalne dni. Jeśli nie wygrzeję kości w lato, jesienią robię się marudna i nie do zniesienia. Dlatego jak dziecko cieszyłam się na ten wyjazd, choć lekki niepokój siedział mi w głowie do momentu lądowania na miejscu. Ale kiedy o godzinie 23.00 poczułam, że na zewnątrz jest 28 stopni, wiedziałam już, że jest dobrze...

















































Pozdrawiam,
Promyk